
czwartek, 21 lipca 2011
Umarł Potter, niech żyje Potter!

wtorek, 10 maja 2011
Na kij nam papier?
Kiedy przeczytałem ziniolową recenzję Hałabały, moją twarz oszpecił grymas zawodu. Po Maćku Pałce, amatorze i animatorze polskiego podziemia komiksowego spodziewałem się nieco głębszej analizy niż to, co zaprezentował w swoim, skądinąd sympatycznym, wpisie.
Być może był to młyn dnia codziennego albo świszczący odgłos przelatujących dedlajnów – niemniej, coś przeszkodziło mu zauważyć, że nie trzyma w ręku zina, ale jego ironicznego pogrobowca. A ten przecież wcale nie ukrywa swojej prawdziwej natury - poczynając od wstępu, który jasno i prosto wykłada, że Hałabała nie jest kolejnym ziniaczem, ale raczej hołdem dla produkcji ery ksero, po zabawnie naiwny (ale szczery!) manifest sprzed paru lat, napisany przez nastoletniego wtedy kolegę redaktora. Każdy jego element, łącznie z okładką, krzyczy: no weź, my tak dla jaj.
Maciej niby zdaje sobie z tego sprawę, ale pod koniec tekstu zdradza, że wciąż żyje w rzeczywistości, w której ziny mają jakąkolwiek przyszłość. Jego tęskne tony z tego i innych tekstów przypominają niedawne zaśpiewy miłośników zeszytówek. Pomstuje on na bezideowość zinów i brak nowych tytułów, nie zdając sobie najwyraźniej sprawy, że te już nigdy nie wrócą. I to nie ideowe, ale ziny w ogóle. Przynajmniej nie w formie w jakiej je znamy. Oto dlaczego:
- papier stał się ekskluzywnym nośnikiem, którego użycie przysparza o wiele więcej kłopotu niż wklejenie obrazka w wordpressowy silnik.
- papier jest mniej efektywny w przekazie. W czasach nie tak rozwiniętej blogosfery, twittosfery i fejsbukosfery ziny były najszybszym sposobem artystowskiej komunikacji ze środowiskiem. Jak jest dzisiaj, wszyscy widzą.
- konwenty, festiwale i zebrania w domach kultury już dawno przestały być jedynymi miejscami, w których odbywa się życie środowiska.
- papier jest wybrednym medium i nie daje takiej możliwości eksperymentu jak komiks cyfrowy. Wystarczy spojrzeć tutaj albo tutaj.
- po ostatnie – w sieci, tak samo jak w kolportowanym z plecaka ziniaczu, nie ma drapieżnej cenzury. Chyba, że żyjemy w Kanadzie.
Nie pozostaje nam więc nic innego jak wstać znad zakurzonego nagrobka wmurowanego w komiksowe powązki, otrzeć oczy i powiedzieć: zin umarł, zin nie żyje stary. Po drugiej stronie nie jest wcale tak źle, tu też świeci słońce i od czasu do czasu niebo przecinają klucze nostalgicznych postzinowych inicjatyw.
Wpis wywołał srogą reakcję, dużo mocniejszą niż się spodziewałem i jestem w stanie zrozumieć (to naprawdę aż tak serious business?). W odpowiedzi miałem napisać mniej-więcej to, na co uwagę zwrócił Mariusz Zawadzki, czyli o niezrozumieniu na płaszczyźnie pojęć. Użyłem paru skrótów, które mogły zostać opacznie zrozumiane, jak stało się to m.in. z przymiotnikiem "ekskluzywny". Daniel Gizicki odebrał go inaczej niż chciałem, co prawdopodobnie popchnęło go do wysnucia wniosku, że negatywnie wartościuję ziny. Chyba, że emocjonalna reakcja wynikła z tego, że zwyczajnie go sobą wkurwiam. Co jest całkiem możliwe.
Zgadzam się z Mariuszem - rozróżnienie między zinem a magazynem skleiłem zbyt szybko, na doraźne potrzeby dyskusji. Tak to jednak jest, kiedy próbuje się stawiać wyraźny płot na gruncie grząskim i niepewnym.
Jako zin rozumiem klasyczny fanzin, ze wszystkimi jego cechami i funkcjami. Jako magazyn rozumiem te publikacje, które ukazują się dzisiaj - Kolektyw, Biceps, Karton. Tytuły, które prezentowaną formą wydania i zawartością zbliżają się mocno do tego, do czego przyzwyczaił nas standard półek empikowych - skonstruowane tak, aby dotrzeć do możliwie dużej liczby czytelników.
Postaram się podejść do sedna sprawy jeszcze raz.
Poprzez śmierć zinów (fanzinów) nie rozumiem, jak myśli Maciej Pałka, upadku zainteresowania tą formą (choć i z tym mamy do czynienia), ale koniec jej sensowności z powodu powstania lepszej alternatywy. Bo co takiego zin w klasycznym rozumieniu oferuje, czego zaoferować nie może mi sieć? Jutro z rana idę do punktu ksero, coby zrealizować swój postzinowy projekcik, dlatego postaram się odpowiedzieć na to z pozycji autora:
- kontakt z innymi fanami?
- możliwość swobodnych eksperymentów?
- zwykła realizacja twórcza?
- zaspokojenie potrzeby atencyjności?
Każdy, kto widział na oczy dzisiejszą sieć wie, że zin jest tylko słabą namiastką mozliwości, jakie daje internet. Schemat publikacji uległ zmianie. Przykładem niech będzie ekipa Kolektywu i publikujący się na Komiksowej Warszawie chłopaki z KOPS. Wszystko zaczyna się właśnie od sieci, która, notabene, również uczy pokory twórczej (każdemu polecam przyjęcie na klatę paru tuzinów ostrych komentarzy). Potem dopiero następuje publikacja papierowa, już w tytułach, które z niegdysiejszymi fanzinami nie mają zbyt wiele wspólnego.
Polem do radosnej i błyskawicznej publikacji stał się internet, po nim dopiero następują papierowe wydawnictwa, których status jest z tego powodu już nieco inny niż jeszcze parę lat temu.
W takim razie dlaczego to robię? Czemu siedzę po nocy nad składem i dymam rano, żeby zdążyć z drukiem? A w imię zabawy formą tego typu publikacji. W imię małego hołdu ideowym zinom z epoki DIY. W imię jajcarskiej niby-rewolucji (patrz zawartość, do zapoznania się na KW).
To, co ma dziś sens w klasycznych, hardkorowych zinach to przestarzała forma, do której można odwołać się w ten czy inny sposób, jak robią to twórcy z Hałabały.
czwartek, 5 maja 2011
Syn marnotrawny powraca do Śródziemia.

piątek, 28 stycznia 2011
Nie wszystko gra.
Polskie środowisko komiksowe charakteryzuje się tym, że podczas wszelkich podsumowań nie sposób uniknąć koleżeńskiego poklepywania po plecach. To oczywiście naturalne, że, wyciągnąwszy rękę w tym ciasnym pokoiku oznaczonym tabliczką „polski komiks”, nie sposób nie trafić w plery kogoś znajomego. Co jasne, fakt bliskich relacji nie wpływa jakkolwiek na stanowione werdykty (choć niekiedy prowadzi do ich wstrzymania, ze strachu przed sprawieniem przykrości), czasem jednak, chcąc nie chcąc, kończy się zabawnymi podejrzeniami o tworzenie karteli wydawniczych czy tajnych grup kontrolujących rynek.Jak często absurdalne i głupie nie byłyby te skojarzenia, muszę stwierdzić, że fakt przebywania w tak hermetycznym otoczeniu generuje pewien rzeczywisty problem. Siedząc w samym środku komiksowej kipieli, pośród gąszczu pleców, nie sposób czasem dojrzeć i docenić tego, co odbywa się poza nim. Tym właśnie sposobem w większości (poza krótkimi tekstami Pałki i Sienickiego) oficjalnych podsumowań 2010 roku zabrakło poważnej wzmianki o jednym z najciekawszych twórców naszego poletka.
Oprócz tego, w całą akcję wkręcił się też Piotrek Nowacki, który umieścił na swoim blogasku komiksowy komentarz.
wtorek, 25 stycznia 2011
Rok 2010 naprawdę był tak zły?

środa, 19 stycznia 2011
Co nas smuci, co nas podnieca.
Skłamałbym potwornie, gdybym powiedział, że tworzenie magazynu komiksowego nie jest świetną przygodą. Obecność w zespole redakcyjnym daje możliwość produkowania wyjątkowego przekazu; razem dobieramy komiksy, które potem, w postaci smukłego tomiku, trafiają na półki i stoliki nocne tych, z którymi nigdy nie zamieniliśmy ani słowa. Godzą się oni (ba, nawet za to płacą) na nasz grupowy monolog – odbicie naszego gustu, naszych zapatrywań na to, co wartościowe i fajne. Wreszcie, Kolektyw, pomimo skromnego nakładu, daje niewielkie poczucie spełnienia – oto moja praca została uwieczniona. Nie zginie gdzieś za zakrętem internetu, albo, przy pierwszym padzie serwera, ugrzęźnie na czyimś twardym dysku. Jest zaraz obok, na półce, w szufladzie, tak samo rzeczywista jak szafka, w której stoi.Zza szpaleru albumów i zeszytów rozłożonych po ladzie, patrzyłem na dwa przeciwległe stoliki zajmowane przez moich znajomych – Dema i Japonfana. W milczeniu oglądałem, jak wokół nich gromadziło się identyczne zbiegowisko, jak te, które, jeszcze nie tak dawno zbierało się wokół mnie. Zbiegowisko, na które przy profesjonalnym stoisku nie było miejsca.
poniedziałek, 15 listopada 2010
Pozdrawiam wszystkich palaczy
Każdy z nas wie, jak dobrze na samopoczucie wpływa słoneczne popołudnie spędzone w parku. Powodowany tą wiedzą, w jeden z pogodnych, ciepłych dni, postanowiłem złapać pod pachę koc i naładować swoje baterie przed nadchodzącą jesienią.Już po krótkiej chwili dziurawe podeszwy moich trampek rozkosznie gniotły znajdującą się pod nimi trawę i wszelkie małe stworzenie, które nieopatrznie obrało ją sobie za dom. Nie minęła minuta, gdy upatrzyłem sobie idealne miejsce na relaks. Podszedłem do niego i, gdy miałem już rozłożyć znajdujący się pod moją pachą kocyk, drogę zastąpił mi mały sznaucer. Taki pies. Jego pysk symbolizował charakterystyczne dla małych stworzeń szczęśliwe skretynienie. Intruz przykucnął, po czym udekorował małym prezentem moje Idealne Miejsce. Zrozpaczony patrzyłem jak ciepły, ciemnobrązowy walec osiada powoli i nieubłaganie na kawałku trawy, którego tak bardzo pragnąłem.
Załamany odwróciłem się w przeciwnym kierunku i spostrzegłem właściciela.
- Przepraszam, to pański pies?
- No to właśnie się zesrał.
- No i?
- Bo wie pan, ja w tamtym miejscu chciałem się położyć.
- To połóż się pan obok.
- Z kupą przy głowie?
- To znajdź se inne miejsce, co za problem.
- Nie może pan go wyprowadzać gdzieś indziej? Tam, niedaleko, między krzaki na przykład.
- Nie. On lubi tu srać, zawsze tu sra i nikt mi nie zabroni go tu wyprowadzać. Połóż się pan gdzie indziej.
- Ale wszystko inne dookoła jest już zasrane.
- To do innego parku pojedź, w Łazienkach psów nie ma, tam trawniki są czyste.
- Ale to pół godziny stąd, a ten park mam zaraz pod domem.
- Chuj mnie to boli, daj mi pan spokój – uciął mój rozmówca, po czym, czule zwracając się do pupila, wyprowadził go alejką dalej, w głąb parku.
Sfrustrowany i zniechęcony postanowiłem, że resztę dnia spędzę w domu.
Parę miesięcy później uchwalone zostało prawo zobowiązujące właścicieli do sprzątania efektów obecności swoich milusińskich. Można powiedzieć, że dzięki temu parki oddane zostały wszystkim – zarówno zwolennikom koców, jak i posiadaczom psów. Z tą różnicą, że ci drudzy musieli zmienić swoje zachowania, aby miejsce to uczynić przyjazne dla każdego, bez wyjątku. Na całe szczęście, wtedy nikomu nie przyszło do głowy nazwać wchodzące prawo dyskryminacją.
Dziś, piętnastego listopada, pozdrawiam wszystkich palaczy.