poniedziałek, 15 listopada 2010

Pozdrawiam wszystkich palaczy

Każdy z nas wie, jak dobrze na samopoczucie wpływa słoneczne popołudnie spędzone w parku. Powodowany tą wiedzą, w jeden z pogodnych, ciepłych dni, postanowiłem złapać pod pachę koc i naładować swoje baterie przed nadchodzącą jesienią.

Już po krótkiej chwili dziurawe podeszwy moich trampek rozkosznie gniotły znajdującą się pod nimi trawę i wszelkie małe stworzenie, które nieopatrznie obrało ją sobie za dom. Nie minęła minuta, gdy upatrzyłem sobie idealne miejsce na relaks. Podszedłem do niego i, gdy miałem już rozłożyć znajdujący się pod moją pachą kocyk, drogę zastąpił mi mały sznaucer. Taki pies. Jego pysk symbolizował charakterystyczne dla małych stworzeń szczęśliwe skretynienie. Intruz przykucnął, po czym udekorował małym prezentem moje Idealne Miejsce. Zrozpaczony patrzyłem jak ciepły, ciemnobrązowy walec osiada powoli i nieubłaganie na kawałku trawy, którego tak bardzo pragnąłem.

Załamany odwróciłem się w przeciwnym kierunku i spostrzegłem właściciela.

- Przepraszam, to pański pies?

- Ta. - odparł wąsaty mężczyzna, którego imponujący brzuch symbolizował najwyraźniej poziom jego samozadowolenia.
- No to właśnie się zesrał.
- No i?
- Bo wie pan, ja w tamtym miejscu chciałem się położyć.
- To połóż się pan obok.
- Z kupą przy głowie?
- To znajdź se inne miejsce, co za problem.
- Nie może pan go wyprowadzać gdzieś indziej? Tam, niedaleko, między krzaki na przykład.
- Nie. On lubi tu srać, zawsze tu sra i nikt mi nie zabroni go tu wyprowadzać. Połóż się pan gdzie indziej.
- Ale wszystko inne dookoła jest już zasrane.
- To do innego parku pojedź, w Łazienkach psów nie ma, tam trawniki są czyste.
- Ale to pół godziny stąd, a ten park mam zaraz pod domem.
- Chuj mnie to boli, daj mi pan spokój – uciął mój rozmówca, po czym, czule zwracając się do pupila, wyprowadził go alejką dalej, w głąb parku.

Sfrustrowany i zniechęcony postanowiłem, że resztę dnia spędzę w domu.

Parę miesięcy później uchwalone zostało prawo zobowiązujące właścicieli do sprzątania efektów obecności swoich milusińskich. Można powiedzieć, że dzięki temu parki oddane zostały wszystkim – zarówno zwolennikom koców, jak i posiadaczom psów. Z tą różnicą, że ci drudzy musieli zmienić swoje zachowania, aby miejsce to uczynić przyjazne dla każdego, bez wyjątku. Na całe szczęście, wtedy nikomu nie przyszło do głowy nazwać wchodzące prawo dyskryminacją.

Dziś, piętnastego listopada, pozdrawiam wszystkich palaczy.

piątek, 30 kwietnia 2010

W kuchni kartki szybko wilgotnieją...

...czyli: czemu "komiks kobiecy" to kiepski pomysł?
Przed czterema dniami odbył się festiwal Komiksowa Warszawa. Niezwykle zacna inicjatywa, którą miałem przyjemność, na miarę moich skromnych możliwości, wesprzeć. Oprócz giełdy, tradycyjnych pogadanek z autorami, autografów i innych atrakcji, miejsce miał panel dyskusyjny o "komiksie kobiecym". Na tymże panelu padały różne zdania, jednak dwa z nich przykuły moją uwagę mocniej niż pozostałe.
Cytuję z pamięci za Sylwią Kaźmierczak:
„Komiks jest bardzo zmaskulinizowany, przez co kobietom trudno jest przebić się na przykład w zinach. Mam koleżanki, które nie mogły, więc wysłały swoje prace za granicę i teraz w tamtejszych zinach robią kariery”
Po chwili milczenia poprzedzonej solidnym „WTF”, pojawiają się pytania: czy Pani Sylwia wie cokolwiek o scenie zinowej? Miała w ręku ziny wydane w ciągu ostatnich paru lat? Nie pomnę wszystkich pozycji, bo czytałem je dość wyrywkowo, ale w samym Kolektywie, w ciągu trzech lat od jego powstania, robiło sześć babeczek: Ewa Jędrzejczak, Katarzyna Witerscheim, Sara Sapkowska, Ewa Zaremba, Olga Wróbel i Una Odya; tej ostatniej powierzyliśmy zmianę wizerunku magazynu.
Nie wiem kim są koleżanki Sylwii Kaźmierczak i do jakich zinów wysyłały swoje prace. Pamiętam jak sam, wraz z kolegami z redakcji, odrzuciłem parę komiksów zrobionych przez dziewczyny. Może były wśród nich właśnie te. Nie zrobiłem tego dlatego, że ich autorki miały cycki. Nie, te komiksy były kiepskie. Po prostu. To była najzwyklejsza w świecie, uformowana w kadry i plansze kupa. Jak i sporo innych propozycji nadesłanych nam przez facetów. Co więcej, śmiem twierdzić, że proporcjonalnie do liczby komiksów przyjętych, odrzuciliśmy więcej prac narysowanych przez mężczyzn niż kobiety.
Zapytam się wprost - skąd w ogóle pomysł, że w jakimkolwiek zinie brana jest pod uwagę płeć twórcy? Ta bzdurna teza jest o tyle bolesna, że odebrałem ją jako cios prosto w moje (wciąż pełne naiwnego entuzjazmu) zinowe serduszko. Tym bardziej, że owe serduszko bije do każdego twórcy, bez względu na jego identyfikację genderową.
Kolejną kwestią poruszoną przez redaktorkę Comix Grrrlz jest to, jak „męskie komiksy fałszują rzeczywistość”. I tutaj już nie zareaguję kolejnym gromkim „WTF”, bo, być może, pewien wycinek komiksowego światka umknął mojej uwadze. Nie czytam wszystkich komiksów wydanych w Polsce – zwyczajnie mnie na to nie stać. W żadnym z tych, które znam, nie dostrzegłem maskulinistycznego fałszu, dlatego też zdrowy rozsądek podpowiada mi, że owe fałszowanie rzeczywistości jest bujdą. Niemniej, wolałbym poczekać na kogoś bardziej kompetentnego w tej sprawie. Zapraszam do komentarzy.
Po panelu nadszedł czas na dyskusję. Jako jedyny pojawił się nieco trolujący głos Kingpina, który mam zamiar podchwycić.
Dlaczego nie podoba mi się "komiks kobiecy"?
Nie mam problemu z samym nazewnictwem – gdyby chodziło o niepotrzebną systematyzację, puściłbym to, podobnie jak reszta środowiska, mimo uszu. Otóż, "komiks kobiecy" nie podoba mi się, bo niesie ze sobą pewne zagrożenie dla samych komiksiar. Pierwszy problem zaczyna się wraz z wyznaczeniem desygnatu „komiksu kobiecego”. Czy szorciaki Uny, gdzie głównymi bohaterami są faceci, to komiksy kobiece? A może komiksy koko, gdzie zawsze głównymi bohaterkami są kobiety, to komiksy kobiece?
Mi osobiście, jak i wielu innym, ten termin kojarzy się z historiami rysowanymi przez kobiety, o "kobiecych" sprawach, co nasuwa proste skojarzenia z niezbyt wysoką literaturą spod znaku Pani Grocholi. Dodatkowo, podobną charakterystykę podają zwolenniczki nazwy. Niepokoi mnie to, bo „komiks kobiecy” to niezwykle nośna etykieta, co widać było na festiwalowym panelu. Ponadto, co sugeruje nazwa kategorii, niewiele trzeba, by zaczęła obejmować wszystkie damy tworzące komiksy, a co by nie mówić, kategoria „od kobiet, dla kobiet” jest straszliwie upupiająca i ograniczająca. I tego właśnie się boję. Boję się, że dziewczyny walczące dziś o utworzenie komiksu kobiecego w rzeczywistości pracują nad niewygodną metką, od której, za parę lat, przyszłe komiksiary będą z trudem próbowały się uwolnić. A przecież nas, pryszczatych fanów opowieści obrazkowych dla dzieci, nic nie boli bardziej niż niesłusznie dolepiona, wykluczająca etykieta.

Tych, którzy nie dali się strolować tytułowi, zapraszam do komentarzy.

wtorek, 23 marca 2010

Bele vs Organizacja czasu

Moja klawiatura nieco zardzewiała, więc postanowiłem ją rozruszać trochę bardziej osobistą notką. Ja, ja, ja.
Mam naprawdę fantastyczny rok. Zdecydowanie jest bardziej wycieczkowo niż kiedykolwiek. To było moje noworoczne postanowienie – więcej ruszać się z fotela. Małymi kroczkami odczepiać się od świata wirtualnego i wykorzystać zaoszczędzone pieniądze (poza kupowaniem dvd) do zwiedzenia paru miast w których nigdy nie byłem, bądź byłem dawno. Takim spodobem udało mi się zaliczyć Ligaturę w Poznaniu, nagrać na żywo Schwing! we Wrocławiu oraz odwiedzić brata w Gdańsku. Przede mną jeszcze Sobota Komiksowa w Bydgoszczy, Komiksowa Warszawa (której się obawiam, że albo nie sprosta moim oczekiwaniom, albo że ktoś umrze z nadmiaru dobrej zabawy) i wychwalany w zeszłym roku Bałtycki Festiwal Komiksowy. A to dopiero pierwsza połowa roku.
Jest też plan pisania więcej. Pisania dużo. Notki na blogu co tydzień. Jak widać. Pomysły były, ale z organizowaniem czasu wychodzi gorzej.
Jestem naprawdę beznadziejny w kwestii organizowania sobie czasu i brania się do roboty. Od momentu otwarcia notatnika zdążyłem obejrzeć wszystkie obecnie dostępne zwiastuny nowej serii Doctora Who, ułożyć puzzle z bohaterami Torchwood, kilka razy zerknąć na twitter, mimo że obiecałem sobie z tym skończyć, a nawet – co jest rekordem – położyć się spać i wrócić do pisania następnego wieczoru.
Uwielbiam obkładać się projektami. Czasu mam mało, a głowa pęka od ilości historii, które tylko czekają by je opowiedzieć. Lubię mieć zawsze coś do roboty i uwielbiam mieć w zanadrzu kilka pomysłów na zagospodarowanie sobie wolnego czasu, jeśli ten kiedykolwiek nastanie.
Niecały rok temu zakończyłem TheMovie, by już nigdy do tego nie wrócić i zająć się jakimiś nowymi projektami. Nowe projekty powstały, a do The Movie i tak wróciłem. Bo jestem leniwym rysownikiem i nie chciało mi się wymyślać nowych postaci, gdy stare wciąż mają potencjał. Ale jest jeden mały problem. O ile pierwsze 3 sezony miały z góry ustalony plan i opowiadały (lepiej lub gorzej) pewną historię, o tyle nie mam zielonego pojęcia dokąd zmierza nowa seria. Może to i dobrze? Może dzięki temu całość wyjdzie bardziej spontanicznie i obędzie się bez wymuszonych wątków romantycznych, które być musiały, bo tak od początku było zaplanowane, aby historia mogła zatoczyć koło.
A kilka dni temu ruszyła Scientia Occulta. Nie będę ukrywał, to właśnie ona jest głównym powodem tej notki. Od dawna kusiło mnie zrobienie czegoś w tym klimacie. Dużą inspiracją było oczywiście moje zaczytywanie się w trejdach z Johnem Constantinem, a kiedy Mike Carey napisał Felixa Castora uznałem, że ja też chcę mieć taką postać. Tak powstał Clay. No cóż, nie do końca tak. Fun fact, który jest znany tylko kilku osobom – pierwotnie to ja miałem rysować Scientię. Jeszcze wtedy nie nazywała się tak jak teraz, a Clay nie posiadał imienia. Zaplanowałem ten komiks jako swoją odskocznię po TheMovie. Narysowałem jeden pasek i troszkę zakryłem się wstydem, bo nie jestem zbyt dobrym rysownikiem. Zwłaszcza jeśli trzeba narysować coś mrocznego. Użyłem więc podstępu i opowiedziałem Łukaszowi (który już wtedy rysował do mojego scenariusza serię Recours) o tym projekcie z nadzieją, że łyknie przynętę. Łukasz nakręcił się na rysowanie, a ja mogłem rozbudować historię o sceny, których sam nigdy bym nie narysował. Dzięki temu mamy jeden z najlepiej narysowanych webkomiksów w Polsce. Mam jedynie nadzieję, że scenariusz dorówna rysunkom.
Wciąż siedzę też nad scenariuszem do drugiego (chociaż myślimy o nim jak o świeżym starcie) Rycerza Janka. Pierwsza wersja scenariusza wróciła od potencjalnego wydawcy z kilkoma konstruktywnymi uwagami. Przysiedliśmy porządnie i wprowadziliśmy masę zmian. Teraz usiłujemy znaleźć wolny wieczór, aby na czysto wszystko spisać. Nowa przygoda Janka będzie większa, mocniejsza i bardziej dramatyczna. Będzie też zabawniejsza niż wszystkie poprzednie. Rozbudowaliśmy znacznie świat oraz wprowadziliśmy kilka ciekawych postaci pobocznych. Niektóre z nich miały przypadkiem więcej szczęścia niż inne. Mówię o gangu karłów, których przygody można śledzić w nowych numerach Kolektywu. Drużyna karłów odgrywała dość istotną rolę w pierwotnej wersji scenariusza, a po zmianach będą musieli się zadowolić jedynie niewielkim cameo. Co nie znaczy, że nie powrócą w kolejnych tomach. Na nie oczywiście pomysły są. Myślę, że nigdy nie skończą mi się pomysły na przygody Rycerza Janka.
Jestem w tym roku strasznie twórczy. Moje pisarskie ego jest na tyle pewne siebie, że staram się sprawdzać w różnych gatunkach. Od komedii, poprzez obyczaj, sensację, thiller, na sci-fi kończąc. Zrobię podsumowanie za rok i zobaczymy jak mi ten rozstrzał wyjdzie.

Książkę też chyba napiszę. A, co?

wtorek, 22 grudnia 2009

Christmas Special II, czyli...


Co potrafi zepsuć święta? Nie mam oczywiście na myśli tego zwyczajnego, chwilowego zepsucia, ale permanentnie tkwiącą z tyłu głowy szpilkę, która zniekształca widzenie świata na tyle, że mimo białego śniegu i wszechobecnych kolęd chodzę naburmuszony. Gdy poszukałem pamięcią odrobinę wstecz, zauważyłem, że każdemu okresowi przedświątecznemu towarzyszył mi nieprzyjemny, mały wnerw. Taki nieduży gość, który non stop, przy większym stężeniu świątecznej radochy w powietrzu, uporczywie poprawiał głębokość nakłucia wyżej wspomnianej igły. Przyczyna wnerwu okazała się leżeć nie tak znowu daleko – w okresie koszulek z system of a down, produkowania kiepskich opowiadań i posiadania zaszczytnej pozycji klasowego zjeba – w czasie młodzieńczego, gimnazjalnego buntu.
Wtedy to, wiedziony słusznym i sprawiedliwym gniewem, psioczyłem pod nosem na Konsumpcjonistyczną Hucpę, w jaką zmieniły się Święta Bożego Narodzenia. Jak wiele idei i przyzwyczajeń z tamtego okresu, także i to wyryło się w mojej głowie kapitalikami. Podobne marudzenie słyszę od niemałej liczby osób, choć nie wiem czy wszyscy świadomi są gimnazjalnego rodowodu swoich narzekań. Oczywiście, można irytować się na to, że religijny obrządek, będący dla niektórych okazją do zadumy i spotkań z rodziną jest cyniczne wykorzystywany przez wielkie korporacje, jednak czy aby na pewno to one narzucają nam taki obraz świąt? Czy przypadkiem nie odpowiadają już tylko na nasze oczekiwania?
Jestem dziwką dla wszelkich rytuałów. Nie w znaczeniu religijnym ( od pewnego czasu niewiele mam z nimi wspólnego) ale w tym prostszym, społecznym. Na przykład koncert metalowy albo sylwester na miejskim placu – wspaniałe, masowe wydarzenia. Ta energia tłumu złączonego we wspólny oddech, te światła, wybuchy, euforia!... Tak, jestem emocjonalnym tandeciarzem. Dlatego nie lubię, gdy ktoś mi w tym słodkim tandeciarstwie przeszkadza się zatopić. Cały przedświąteczny ruch, napędzany przez wszystkich, od wielkich koncernów po osiedlowe sklepiki, wydawał mi się przez długi czas tandeciarstwem złym, bo kompletnie pustym i cynicznym. I to jest dokładnie clue mojego niegdysiejszego świątecznego wnerwu – przekształcenie fajnego wydarzenia w sklepową wydmuszkę.
Wracając jednak do tradycji – ostatnio natknąłem się na następujący demotywator. Z początku wydawał mi się kompletnie naturalnym spostrzeżeniem. Ot, jakiś intelektualny gimbus sportretował wspólne wspomnienia ludzi dorastających w latach dziewięćdziesiątych, naszą tożsamość...  Tak jest, nasze wspomnienia zamknięte już nie między kartami popękanego albumu, ale w kolorowych pudełkach i butelkach, kadrach z fotostory w Bravo. Od pewnego czasu język wspólny pokoleń jest budowany w takiej samej mierze na podstawie ważnych wydarzeń, jak i marek handlowych. Spostrzeżenie może i banalne, ale naprowadziło mnie do pewnego wniosku. O nim już za sekundę, poruszę jeszcze jedną rzecz.
Jak wiemy, kościół katolicki, przeprowadzając ekspansję na słowiańskie tereny, święta pogańskie podmieniał swoimi, ustanowionymi w tych samych terminach. Dokładnie ten sam los spotkał obchodzone niegdyś obrzędy zmiany czasu zimowego na letni, przejścia z nocy do dnia – radosne święto, które odbywało się, jakże by inaczej, 24 grudnia, w przeddzień owej zmiany – przesilenia zimowego. Na tym mniej-więcej polega tradycja wynaleziona – na zamierzonym wytwarzaniu zwyczajów i treści, którym przypisuje się odwieczność i „tradycyjność”. Żeby spojrzeć jeszcze bliżej – mamy wizerunek mikołaja stworzony w latach trzydziestych przez CocaColę, dziś uważany przez niektórych za symbol iście tradycyjny. Wszystko to prowadzi do dosyć prostego wniosku – święta wcale się nie psują. Już nie. One powoli przekształcają się w kompletnie nową treść, zawierającą czerwonych mikołajów, renifery, masę prezentów i Johna Mclane'a. Świat reklamy i popkultury obecnie już nie tyle tworzy, ile powiela stworzony parę dekad wcześniej schemat. I tak w zasadzie, to czemu nie? Ten bardziej świecki model, polegający głównie na wymianie prezentów, spotkań z rodziną i udziału w stworzonych na potrzeby okresu świątecznego wydarzeniach (świąteczne filmy, komiksy) chyba naprawdę mi odpowiada. Zresztą, patrząc prawdzie w oczy – czy cokolwiek, co zawiera w sobie Johna Mclane'a może być kiepskie?
I mimo, iż powyższe wynurzenia mogą wydać się banalne, dzięki nim wreszcie mogę się w pełni zrelaksować. Wyciągnąć swobodnie nogi, zapuścić płytę z metalowymi przeróbkami kolęd, a następnie przyjąć całym sobą reklamy z cocacolowymi tirami i opowieść wigilijną 3D w kinie. I zamiast boczyć się na nowe, w spokoju popatrzeć jak nadchodzi. Czego Wam wszystkim w te święta życzę.

sobota, 19 grudnia 2009

Christmas Special


Nie będę ukrywał. Zawsze lubiłem i nadal lubię zimę. Miła odmiana po miesiącach pełnych błota i deszczu. Śnieg wygląda ładnie. Jest czyściutki i skutecznie zakrywa to całe gówno leżące na ulicach. Oczywiście zima ma do siebie to, że lubi nas zaskoczyć. W tym roku również przyszła niespodziewanie i zarzuciła śnieżycą, kiedy ubrałem trampki i lekką kurtkę. Każdy też musi przyliczyć obowiązkową zimową wyjebkę. Ja mogę ją już odhaczyć z listy. Kiedy tak leżałem przed biurem z twarzą w lodowato zimnej zaspie przypomniało mi się co tak naprawdę lubię w zimie.
W zimie lubię siedzieć w domu.
Z głośników wydobywają się radosne świąteczne kawałki, za oknem mróz, a ja trzymam stopy na gorącym kaloryferze. Moi rodzice zawsze starali się wpoić mi, że święta to czas, kiedy nie wolno się niczym przejmować. Przyjąłem to do wiadomości i zacząłem podświadomie traktować ten czas jako doskonałą wymówkę by mieć na wszystko wyjebane.
Tegoroczny sezon przedświąteczny trwa już pełną gębą. Właściwie od października, bo wtedy to na jeden dzień postanowił do nas zawitać śnieg. Niektórzy sprzedawcy uznali wówczas, że skoro biały puch przykrył kilka samochodów to najwyższy czas, aby rozwiesić lampki. Rozpoczął się coroczny świąteczny taniec. Chwilę później poleciało “Last Christmas” i wyjechała ciężarówka Coca-Coli. Przynajmniej tak słyszałem, bo sam unikam telewizji jak ognia. W ciągu ostatnich dwóch lat odpaliłem telewizor dosłownie dwa razy. Na trzy low-kicki Pudzianowskiego i na “Kevina samego w domu” podczas zeszłych świąt. Co roku puszcza go polsat, a ja co roku narzekam, że ramówka nie zmienia się od dobrych 20 lat. Rok temu zatrzymałem się na chwilę i zacząłem się zastanawiać kiedy ostatnio widziałem ten film. Włączyłem. Bawiłem się świetnie. Skoro puszczają go ponownie, to wnioskuję, że wciąż zbiera sporą widownię. Jest to świetny film dla dzieciaków, więc zapewne co roku ma sporo nowej widowni. No i jestem pewien, że co roku znajdzie się kilku takich jeleni jak ja, którzy postanowią obejrzeć film, który chociaż na chwilę pozwoli im cofnąć się myślami do prostszych czasów. W tym roku jednak nie wybieram się na spotkanie z młodym McCallisterem. Co za dużo to niezdrowo, a nie chcę aby ten film zbrzydł mi tak jak “Baśka” Wilków. W tym roku będę mógł skupić swoją uwagę na innym wigilijnym hiciorze. “Witaj święty mikołaju” zdaje się być rozsądnym wyborem. I brzmi jak powrót do dzieciństwa, którego naprawdę ostatnio potrzebuję. Zaczynają mnie przytłaczać te wszystkie zmiany dookoła mnie. Śluby, przeprowadzki, dzieci. Przedwczoraj w pracy oglądałem nagranie z jasełek w których występował syn kolegi. Najpierw poczułem się strasznie staro, a potem przypomniałem sobie jak lata temu sam występowałem w takim przedstawieniu. To był wielki szoł. Dwa występy w ciągu jednego dnia. A ja byłem gwiazdą. No dobra, gwiazdą nie byłem. Grałem pastuszka, ale nie byle jakiego pastuszka. “Pastuszek #1” tak było w scenariuszu. Miałem nawet scenę śpiewaną. Za pierwszym razem. Przed drugim występem reżyserka poprosiła mnie bym po prostu nucił. Moje pięć minut sławy.
Dlatego właśnie postanowiłem niedzielę spędzić w łóżku. Grube skarpety i gorące kakao pod ciepłą pierzyną. Zamówiłem sobie nawet na tę okazję świąteczne filmy na dvd, aby wprawiły mnie w radosny nastrój. Niestety paczka nie dojechała, więc zmuszony byłem opracować sobie plan B. Skarpety, kakao i trylogia “Powrót do przyszłości” Zemeckisa. Nie jest to świąteczny film, wiem. Dlatego na wieczór wrzucę do odtwarzacza “Szklaną Pułapkę” i ład znów zapanuje we wszechświecie.

piątek, 24 lipca 2009

O tegorocznych blockbusterach. So far.


Sezon na efektowne blockbustery rozpoczał się na dobre. Co drugi film goszczący u nas obecnie w kinach to przepełniona efektami specjalnymi sieczka. Z jednej strony źle, bo przeważnie są to filmy, cóż niezbyt dobre. Z drugiej strony jednak – czy może być coś lepszego w wakacje niż traktujący widza jak kompletnego idiotę film o cholernie wielkich robotach?

Niestety tegoroczny sezon wakacyjny nie zaczął się najlepiej. Sczególnie jeśli bierzemy pod uwagę rok poprzedni, który zaserwował nam takie smakowite ciastka jak “Indiana Jones”, “Mroczny Rycerz” czy “Iron Man”.
W tym roku na pierwszy ogień poszedł “Wolverine”. Wszyscy wiemy jak źle się to skończyło. Lata oczekiwania, a przyszło nam obejrzeć film ze scenariuszem pisanym przez 5-latka. Film według którego twórców jedynym sposobem na pokazanie, że główny bohater nie jest zadowolony z obecnej sytuacji to rozłożenie rąk i krzyczenie w niebo. Mówiąc szczerze, to właśnie zrobiłem kiedy seans się skończył.
Do tej pory też milczałem odnośnie starcia z finałowym wrogiem – Deadpoolem. Po prostu nie byłem w stanie. Jako wielki fan Wade'a Wilsona (a moja miłość powiększa wraz z każdym nowym zeszytem) czułem się jakby Gavin Hood przerzucił najlepszą postać z uniwersum Marvela przez biurko i zgwałcił ją analnie na moich oczach. Ciągle nie mogę się zdecydować co było gorsze – filmowy Deadpool, czy słynny w niektórych kręgach filmik ze śrubokrętem, którego linka tutaj nie przytoczę.
I niech mi ktoś odpowie czemu szpony Logana wyglądają gorzej niż w produkcji sprzed 9 lat? Pojąć tego nie mogę.

Agonię przerwał “Star Trek” w wersji JJ Abramsa – kolesia od przeciętnego “Lost” (nie zrozumcie mnie źle, to początkowo był dobry serial – dopiero ostatnie sezony pokazały, że jednak od samego początku zaplanowany był on jako serial bardzo kiepski).
Nigdy nie byłem fanem Star Trek. Ani oryginalej serii, ani wersji z Kapitanem Pickardem (która to częściej leciała w telewizji podczas mojej młodości). Jednak kiedy zobaczyłem pierwszy zwiastun do odświezonej wersji mój wewnętrzny nerd zaczął piszczeć z podniecenia. Aby go zaspokoić i uciszyć obejrzałem parę odcinków serialu (wersja oryginalna z Kirkiem. William Shatner stał się od tamtej pory moim nowym Davidem Hasselhoffem) oraz kilka losowo wybranych filmów z całej masy Star Trekowych kinówek. Niektóre były złe (“Star Trek:The Motion Picture”), niektóre tylko trochę lepsze (“Gniew Khana”), a niektóre były naprawdę niezłymi filmami SF (“Pierwszy Kontakt”, “Pokolenia”). Jednak nic co obejrzałem w zaciszu kina domowego nie było w stanie przygotować mnie na to co dostałem dzięki magii kina. Potrzebowałem porządnego filmu SF wypełnionego efektami specjalnymi – dostałem rewelacyjnie zrobiony film SF, który na dodatek nie był straszliwie głupi. Oczywiście, jeśli zaczniemy się nad nim głębiej zastanawiać to wyłapie się całkiem sporo czarnych dziur w scenariuszu. Ale po co? Nowy “Star Trek” dostarcza doskonałej rozrywki od samego początku, aż do napisów końcowych. Czysty nerd-gazm. Ginęli nawet kolesie w czerwonym. Jeśli ktoś zapyta o sequel to ja mówię – yes please.
Jednak z tymi sequalami radziłbym się mimo wszystko nie zapędzać. Można się sparzyć. Jak na nowym Terminatorze.

Zabrał się za niego McG, który bardziej znany jest z TV, gdzie robi całkiem niezłe seriale – między innymi mój ulubiony “Supernatural”. W kinie, cóż nie jest najlepiej. Znany jest jako gość od nowych “Aniołków Charlie'go”, które oprócz zgrabnych aktorek nie miały kompletnie nic. “Terminator: Ocalenie” kontynuuje kiepską linię tego reżysera. Wszyscy oczekiwali mrocznej wizji przyszłości, którą widzieliśmy podczas future-forwardów w pierwszych filmach, a dostaliśmy bezsensowne bieganie za dnia, Christiana “Szczękościsk” Bale'a, który nie wnosi nic do fabuły i całkiem sympatyczną historię Marcusa (Sam Worthington), która skrywa wielką tajemnicę. Oczywiście tajemnica zostaje nam wyłożona w zwiastunie, a jeśli ktoś nie ogląda zwiastunów to z pewnością wywnioskuje ją z pierwszych minut filmu. Całości nie ratuje nawet kilku sekundowy występ Arnolda. A raczej “Arnolda”, bo mamy do czynienia z ciałem Rolanda Kickingera z serialu “Son of the Beach” na którego komputerowo nałożono buźkę Gubernatora. Jednym słowem, nie da się tego oglądać. Za jasno, nie trzyma się kupy, kiepskie rozwiązania fabularne i nikt nie przenosi się w czasie. Hasło na plakacie głosi “początek końca”. Myślę, że dla tej serii to już jest koniec.

Na początek wakacji zostały nam “Transformers”. Tak, zajebiście wielkie roboty bijące się pięściami po mechanicznych twarzach. Rzecz, której nie da się spierdolić.
A jednak Michael Bay dokonał cudu i to spieprzył. Ten film powinien być prosty do zrealizowania. Trzeba wymyślić jakąś fabułę, która daje pretekst, aby roboty się tłukły. Tutaj zamiast robotów dostaliśmy rodzinne problemy Shia LeBoufa (który, tak swoją drogą, byłby całkiem niezłym Yorykiem w ekranizacji “Y: The Last Man”). Bo oczywiście wszyscy po to poszliśmy do kina. Chcieliśmy zobaczyć jak matka płacze, jak syn jedzie do collegu, jak Shia nie potrafi wyznać Megan Fox miłości oraz jak matka zjada ciasteczka z ganją (super śmieszna scena, prawie ze śmiechu wyszedłem z kina). Kogo tam by obchodził Optimus Prime, kiedy możemy dostać super slapstickową komedię rodem z seriali familijnych Disneya. Tylko dubbingu brakowało.
Między nami mówiąc jednak – sceny z robotami też zostały zniszczone. Dostajemy całą masę nowych robotów, żeby zachęcić widza. Mamy więc robo-kobiety (nie pamiętam ich fachowych nazw. Mój mózg jest już i tak przeładowany zbędnymi informacjami), które pojawiają się na 30 sekund na początku filmu, by w połowie zginąć od jednego uderzenia. Mamy też dwóch bliźniaków, którzy wywoływali salwy śmiechu na sali, potwierdzając, że ludzie są idiotami skoro bawią ich takie rzeczy. Te postacie były wprowadzone do filmu tylko po to, aby w ważnym momencie zacząć przepychanki i odkryć przypadkowo miejsce przechowywania ważnego dla fabuły artefaktu. Fantastyczny sposób na zmarnowanie milionów dolarów, które poszły na efekty specjalne.
Wiedzieliście, że metal się starzeje? Nie mówię o rdzewieniu i takich tam. Mówię o starym robocie, którego przywrócono do życia w tym filmie. Kiedy myślę o jednym z pierwszych transformerów, to widzę robota mało zaawansowanego technicznie. Najwyraźniej kiedy Roboty są stare to wykształca im się długa metalowa broda, do dłoni wpada długa metalowa laska i zaczynają chodzić jak Pan Magoo.
Cała masa nowych postaci, a i tak w filmie główne skrzypce grają Megatron, Bumblebee i Optimus Prime. Ten ostatni jest jednak najjaśniejszą gwiazdą filmu. Awansował z dobrego obrońcy na agresywnego wojownika. Czasami mam wrażenie, że aż za bardzo. Bo czy pozytywny bohater powinien rozrywać gołymi metalowymi rękoma głowę przeciwnika krzycząc “Dawaj mi swoją twarz!”?
Strach pomyśleć co będzie w części trzeciej, która już została zapowiedziana.

W tegorocznym sezonie blockbusterów zostali jeszcze “G.I. Joe”. Na ten film jednak się nie nastawiam (w przeciwieństwie do Janka, który dzisiaj z samego rana oznajmił mi telefonicznie, że plakaty są tak zajebiste, że musi to jak najszybciej zobaczyć). W porównianiu z poprzednimi filmami, których zwiastuny były naprawdę małymi dziełami sztuki – zwiastun “GI Joe” prezentuje się naprawdę fatalnie. Chociaż, kto wie? Może w tym właśnie jest nadzieja? Może będzie to film, który zaskoczy nas wszystkich swoją oryginalnością i wciągającą, inteligentną fabułą?
Przekonam się o tym za jakiś czas – kiedy film wyjdzie już na DVD i będzie można obejrzeć go sobie w zaciszu kina domowego. Póki co, mam dość wysokobudżetowych produkcyjniaków.
Robię sobie od nich przerwę.

Zaraz po nowym filmie o Potterze.

niedziela, 24 maja 2009

Jak stałem się rowerowym terrorystą.


Co roku, wraz z nastaniem ciepłego sezonu, wzbiera we mnie pierwotna chęć by przerwać trwający całe miesiące Cykl Regeneracyjny*, wyjść na zewnątrz i czerpać garściami z darów wiosennej aury. Bowiem wbrew pozorom, jestem jednym z tych wyjątkowych ludzi, którzy dwuklasują komiksiarza z człowiekiem dbającym o chyżość swojego ciała. W miesiące zimowe realizuję się na basenie i okazyjnie na dojo... no ale ileż można? Jest słońce i ciepłe powietrze – trzeba wykorzystać. Niestety, nie mam z kim grać w kosza czy siatkę, a głupie dzieciaki z podwórka naskarżyły na mnie rodzicom, kiedy próbowałem włączyć się do ich gry.

Wybór padł więc na sport jednoosobowy – rower.

Powiem szczerze, że już oczami wyobraźni widziałem siebie pedałującego z gracją po leśnych ścieżkach. Jednak, gdy tylko wyjechałem swoją maszyną ze sklepu**, coś się zmieniło...

Z jednej strony wiedziałem, że to tylko... no, rower. Dekadę wcześniej podbijałem na podobnym parki i sąsiednie podwórka. Teraz jednak, gdy trochę podrosłem i okazało się, że całe miasto stoi przede mną otworem... poczułem, że zostałem uwolniony z ograniczeń, jakie narzucała na mnie metropolia. Wcześniej, sposób, w jakim poruszałem się po stolicy, zdeterminowany był trasami komunikacji publicznej. Kierunek i czas uzależnione były od sztywnych rozkładów autobusów, tramwajów i metra. Dzięki rowerowi... uwolniłem się z ograniczeń przestrzeni miejskiej. Serio. I wierzcie lub nie, ale poczucie takiej małej niezależności to cholernie przyjemne uczucie. Dodatkowo, mocy dodaje przeświadczenie, że jedyne, od czego zależą moje możliwości komunikacyjne, to ja sam. Siła nóg i płuc. Nic więcej. Żaden korek, tłum na przejściu czy spóźniony autobus. Miasto jest moje. Stałem się panem chodników (tych mniej uczęszczanych) i księciem ulic (tych mniej ruchliwych).

Oczywiście, oprócz zmiany perspektywy, z jakiej patrzyłem na miasto, zmienił się też sposób w jaki postrzegałem rower. Wcześniej kojarzył mi się z geriatryczną rekreacją – ot, do pojeżdżenia po lesie, ew. jako ćwiczenie kondycji w drodze na uczelnię. Teraz wiem, że przede wszystkim jest to alternatywny, a przy tym najtańszy i jeden z najszybszych środków transportu miejskiego.

Cóż, najwyraźniej jestem prostym chłopcem i taka zmiana perspektywy zrobiła na mnie wrażenie.

Podniecony nowymi horyzontami zacząłem symultanicznie przeglądać sieć pod wiadomym kątem. Po chwili klikania natrafiłem przypadkiem na zjawisko, o którym słyszałem już wcześniej – ostre koło. Zanim zacząłem jeździć, pomysł na sztywne połączenie pedałów z kołem (czyli wyeliminowanie tzw. wolnego biegu) wydawał mi się durny i pozerski. Teraz jednak, kiedy zrozumiałem na czym polega Potęga pokonywania miasta na jednośladzie, oczy mi się zaszkliły...

sami zobaczcie.
(swoją drogą, w pewnym momencie, główny bohater filmiku doskonale charakteryzuje intencje moje i pozostałych warszawiaków)

Moją pierwszą reakcją, tuż po opadnięciu wzwodu, było: Jezusie, to jest esencja roweru! Bez zbędnych wspomagaczy i balastu. Czysty przewodnik między siłą fizyczną a ruchem. No i dodatkowo, jeżdżąc na ostrym jest się kimś. Członkiem alternatywnej społeczności, która za nic ma obowiązujące przepisy i kaprysy kierowców, która pogardliwym wzrokiem spogląda znad swych kierownic na karne rzesze szarych ludzi, którzy codziennie, z bezsensownymi celami wtłoczonymi w ich słabe głowy... nie, zaraz. Ciągle piszę o rowerach?

Po chwili ochłonąłem i dotarło do mnie, że ostre koło nie jest takie do końca fajne. Dodatkowo, perspektywy zezłomowania własnych kolan i zakończenia linii hamowania jako ozdoba czyjejś karoserii zrobiły swoje.
Póki co, naprawdę sporo radochy daje mi mój (trochę już przerobiony - czuję, że to jedna z tych niekończących się inwestycji) rower crossowy.

Okej, teoria teorią, ale praktyka niekiedy wygląda zdecydowanie mniej różowo.

Jeżdżąc na rowerze czuję się jak członek niezbyt lubianej grupy społecznej. Pal sześć przechodniów spacerujących po zwykłym chodniku, którzy nie zauważyli nadjeżdżającego rowerzysty.

Co innego ludzie, którzy z niewyjaśnionych przyczyn upodobali sobie czerwień ścieżki rowerowej. Nie mam pojęcia co w niej takiego jest, ale cholernie często widuję obrazek, na którym wszyscy pieszy, zamiast chodnikiem, idą właśnie ścieżką. Mimo, że tamten jest szerszy i zupełnie pusty. Jest ktoś, kto mógłby mi to wyjaśnić?

Dodatkowo, poza paroma wyżej wspomnianymi trasami (które często przecinają jedną ulicę w poprzek po 5 razy, kończą się w kretyńskich miejscach i ewidentnie wyrysowane były przez kogoś z ciężko uszkodzonym błędnikiem) w tym mieście absolutnie nic nie pomaga w jeździe. Na ulicy, zamiast wydzielonego pasu, każdemu przysługuje zderzak kierowcy jadącego z tyłu. Albo z przodu. Zależnie od temperamentu jazdy. Na chodniku zaś czekają urocze ozdobniki w postaci starych bab z siatami zajmujących pół szerokości ścieżki, głupich pind z pieskami i upośledzonych rodziców patrzących radośnie jak ich pociechy pakują się prosto pod koła. Co więcej, większość mieszkańców ewidentnie nie znosi rowerzystów. Kierowcy i pieszy, starzy i młodzi. Pełna równość. Bo to niebezpieczne. Lekkomyślne, chamskie. Z resztą, wszyscy powinni jeździć samochodami. To jest dopiero postawa godna odpowiedzialnego obywatela.

Czarę goryczy przelała sytuacja, która ostatnio mi się przydarzyła.

Zajechałem rowerem do położonego niedaleko mnie supermarketu. Na zewnątrz nie było oczywiście żadnych stojaków. Kiedyś istniały, ale ktoś je pewnie skroił na złom. Nie zastałem nawet słupa czy znaku drogowego. Czegokolwiek. Po wejściu do sklepu (z rowerem pod pachą) zapytałem się uprzejmie jednej z kasjerek czy nie zerknęłaby na mój pojazd w czasie, gdy będę załatwiał niewielkie zakupy. Odparła, że kierownik nie zgadza się na wprowadzanie rowerów. Poszedłem zatem do wyżej wzmiankowanego. Ten stwierdził, że nic nie poradzi, dura lex sed lex, i że generalnie to już mój problem. Od tamtego czasu jeżdżę na zakupy gdzie indziej.

Niestety, strzelenie focha na sklep nie dało takiej satysfakcji jakiej oczekiwałem. Poczułem chęć zemsty pełnej i odpowiednio spektakularnej. Postanowiłem, w imieniu własnym jak i innych rowerzystów, wyjść z małą terrorystyczną inicjatywą... i tutaj miała być puenta tekstu w postaci odpowiedniej propagandy i strony do tejże.

Póki co, sesja trzyma mnie w uścisku uniemożliwiającym podobne zabawy. Bele zaś powiedział, że ukręci mi jaja, jeśli do dzisiaj na blogu nie pojawi się żadna notka. A ja całkiem lubię swojej jaja. Tak więc, niestety, pełnia sprawiedliwości dokona się w terminie późniejszym, gdy tylko ochłonę po sprawach uczelnianych. Nie regulujcie odbiorników.



* Okej, siedzenie przed fukung.net

** Legion Serwis. Polecam wszystkim zainteresowanym. Dobra obsługa i do tego zlokalizowany jest bezpośrednio na ścieżce rowerowej prowadzącej do puszczy kampinoskiej.